Kowbojski pedalboard od Western Cases

Nadszedł dzień, w którym mój pedalboard wyrwał się spod kontroli i trzeba go było ujarzmić na nowo. Prozaiczny powód – stary, zakupiony po taniości na allegro board o szerokości 70cm okazał się za mały, więc sprawiłem sobie nowy, większy i solidniejszy. Wybór padł na manufakturę poznańskich kowbojów z Western Cases, o której ostatnio pisałem.
Żeby się nie ograniczać, wybrałem board o szerokości 90 cm – co jest maksymalnym rozmiarem, który sensownie mieści się w bagażniku samochodu osobowego :) – głębokości 35 cm (która na luzie pomieści dwa rzędy kostek), oraz wysokości zaledwie 7 cm (dopasowanej do standardowych kostek gitarowych i cry baby Dunlopa). Nie jest to wcale mało, bo nawet jak się zarzuci jakiś kabel na kostki to wszystko i tak elegancko się dopina. Taki rozmiar boarda gwarantuje, że będzie duży, obszerny i całkiem zgrabny.

Podealboard wykonano z mocnej sklejki, klasycznych aluminiowych profili oraz zgrabnych płaskich narożników (można zamówić też kulowe). Zaskoczyły mnie nieco charakterystyczne walizkowe zapięcia, ale choć nie sprawiają wrażenia pancernych wykonane są z mocnego materiału. Przy okazji są wygodniejsze od motylkowych. Wnętrze wykonano dokładnie i starannie. Nic się nie odkleja, a kocowaty materiał przyklejono równo i precyzyjnie.
Ogromny plus dla Western Cases za grubą, wygodną rączkę z gumowatej eko-skóry. Nawet jak napakujesz case ciężkim sprzętem to trzyma się go komfortowo i wygodnie. Poprzednio miałem plastikową, walizkową rączkę, która przy większym ciężarze nieprzyjemnie wrzynała się w dłonie. Tutaj nie ma tego problemu.
Jedyna rzecz, która irytowała mnie na początku to specyficzne zawiasy rozłączne. Żeby połączyć wieko z podłogą pedalboardu, należy umieścić bolce w pasujących otworkach. To dość precyzyjna robota, a przy szerokości bliskiej metra jest to trochę kłopotliwe. Na szczęście z każdym kolejnym razem idzie coraz lepiej :) W poprzednim boardzie miałem szerokie zawiasy, które wystarczyło o zaczepić o siebie, co było bardziej oczywistym rozwiązaniem, ale mocowanie stosowane przez Western Cases wydaje się bardziej solidne. O solidności boardu ma świadczyć także certyfikat uprawniający do 5-letniej gwarancji na użyte przy jego produkcji materiały. Pięć lat to szmat czasu, ale dam znać, jak pedalboard sprawuje się w 2018 roku ;)
 
Jak pisałem, poprzedniego boarda kupiłem za dwie stówy na allegro. Wydawał się ok, ale musiałem go nieco ulepszyć na własną rękę, żeby spełnił moje oczekiwania. Porównując moje stare pudło do pedalboarda Western Cases dopiero widać, jaką różnicę robią detale, staranność wykonania i odpowiedni dobór okuć i materiałów. Reasumując, pedalboard od Western Cases jest spoko, nawet jeśli nie jesteś z Mrągowa.
Trochę miejsca jeszcze zostało :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza