Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fender. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fender. Pokaż wszystkie posty

Na jakim sprzęcie grają # 12 — CF98

Krakowski CF98 to od lat pierwsza liga melodic-punka w Polsce. Zespołowi kibicuję od dawna, a najnowsza, jeszcze świeża, płyta „Story makers” potwierdza, że kredyt zaufania został przyznany słusznie — album jest po prostu bardzo dobry. CF98 pomimo wykonywania gatunku muzyki, który nie do końca tego wymaga, od dawna miał bardzo rzetelne podejście do gitarowego sprzętu. Tak rozbudowanych pedalboardów, jakie chłopaki mieli w 2010 roku, jeszcze na punk rockowej scenie nie widziałem :) Tak całkiem szczerze, to właśnie Alek i Karol, ówcześni gitarzyści zespołu, służyli mi przed laty wieloma cennymi radami pod względem gitarowego sprzętu i efektów. Dziś skład zespołu uległ zmianom, ale na pokładzie wciąż pozostaje Grzegorz Skawiński polskiego melodic-punka, Alek Domagalski, którego wspiera znany z ekip Hartal i W Kilku Słowach barber-gitarzysta Mateusz „Delma” Poznański oraz basista Michał Kurzyk. Nad chłopakami pieczę sprawuje wokalistka Karolina Duszkiewicz.


Na jakim sprzęcie grają # 11 - Booze & Glory

Jedenasty odcinek cyklu „Na jakim sprzęcie grają” otwieramy w światowym stylu. Moim gościem jest Liam z angielskiej street-punkowej międzynarodówki Booze & Glory (jako ciekawostkę mogę dodać, że 3/4 pierwotnego składu tworzyli Polacy, w tym niezmienny od lat frontman i gitarzysta Mark). Zespół jest stosunkowo młody, bo debiut zaliczył w 2010 roku, jednak dość szybko utorował sobie drogę do światowej czołówki Oi music. W ich przypadku sporą robotę zrobił teledysk do „London Skinhead Crew”, który z ponad siedmioma milionami odsłon na koncie pokazał ten hołdujący klasyce street punka band szerokim rzeszom odbiorców tego typu grania. Dzięki temu Booze & Glory dotarł z koncertami nawet do Indonezji. W tym miesiącu po trzech latach wydawniczej przerwy ukazała się ich czwarta płyta „Chapter IV” i przy tej okazji podpytałem nieco Liama o kilka nie tylko gitarowych spraw.

Fender Speed-E — miniaturowy tuner zawsze pod ręką

W czasach gdy zaczynałem swoją przygodę z gitarą nastrojenie gitary było dla mnie sporym wyzwaniem. Zero wspomagaczy więc trzeba było liczyć na własne ucho. Zdarzało mi się na przykład stroić gitarę do dźwięków nagranych na kasecie magnetofonowej. To było dawno temu. Teraz możliwości są znacznie szersze, a tuner można mieć nawet na aplikacji w telefonie. Nie brakuje też wartych kilka złotych gadżetów, które wspomogą cię w niezawodnym nastrojeniu instrumentu niezależnie od tego, gdzie się znajdujesz. Jednym z nich jest Speed-E Fendera, który jak sama nazwa wskazuje szybko wspomoże cię a nastrojeniu strun E w Twojej gitarze.

Woodnote Factory - polskie drewniane kostki do gitary

Testowałem już drewniane kostki do gitary, ale rynek jak widać w miejscu nie stoi. Nową twarzą w wąskim gronie polskich producentów drewnianych kostek do gitary jest działająca od 2015 roku manufaktura Woodnote. Załoga Woodnote sięga po europejskie i egzotyczne gatunki drewna, aby w ten sposób dzielić się z innymi gitarzystami magią, zaklętą w drewnie. No i fajnie.

Testujemy overdrive Homen od Visar Stompboxes – klasyka rock’n’rolla

Dolnośląska manufaktura efektów gitarowych Visar Stompboxes (o której pisałem szerzej tutaj) powoli rozkręca produkcję swoich autorskich produktów. Jednym z nich jest Homen, którego miałem okazję przetestować. Efekt hołduje brzmieniu klasycznych overdrive’ów z czasów rozkwitu rockowego grania i robi to naprawdę w porządny, stylowy sposób. 

Na jakim sprzęcie grają # 8 – Inkwizycja i Dizel

Granie punk rocka to nie tylko stereotypowe trzy akordy. Na punkowej scenie jest wielu gitarzystów, którzy techniką, brzmieniem i klimatem zjadają zasłuchanych w Dream Theater zegarmistrzów. Jednym z nich jest reprezentujący Kraków Grzegorz Włodek zwany Wujkiem Drutem – gitarzysta zbierający szlify w grupach Goblin Market i Mikirurka, a obecnie gitarowa podpora zespołów Inkwizycja i Dizel. Poszukującym inteligentnej, fajnie zaaranżowanej i osadzonej w punkowym klimacie muzy polecam płytę „Wojny nie będzie” Inkwizycji, a tym czasem zapraszam na rozmowę z Drutem.

Fot. Marek Maciejewski

Electro-Harmonix Hum Debugger – cybernetyczne odszumianie

Wyobraź to sobie. Podłączasz swojego Stratocastera do wzmacniacza i słyszysz na przestrach charakterystyczne buczenie łamane przez brzęczenie. Czy słyszysz tu uszami wyobraźni? Tak, to ten charakterystyczny przydźwięk pochodzący z przystawek. W tym miejscu wypada sobie zadać jedno, ważne pytanie. Czy Ci to przeszkadza? Jeżeli nie, to nie musisz czytać tego tekstu dalej, a jeżeli tak, to zapraszam, bo rozwiązaniem tego problemu jest urządzonko o sympatycznej nazwie Hum Debugger pochodzące wprost z amerykańskiej stajni Electro-Harmonix.

Na jakim sprzęcie grają: Wild Books

W piątym odcinku cyklu „Na jakim sprzęcie grają” gościmy warszawski zespół Wild Books. Chociaż zespół w tym przypadku, to określenie nieco na wyrost, ponieważ Wild Books to duet składający się ze śpiewającego gitarzysty Grzegorza i perkusisty Karola. Kapela porusza się w estetyce niskobudżetowego rock’n’rolla czerpiącego z songwriterskich tradycji. Chłopaki lubią analogowe brzmienie i old schoolowe klimaty. Przyznam, że mi też to odpowiada. Wziąłem więc na spytki Grzegorza, aby uchylił nieco rąbka tajemnicy w kwestii swojego gitarowego arsenału.

Fot: Aleksandra Osa

Gitarowa Mitologia # 1 – Jaką gitarę kupić? Nową czy używaną?

Nowy rok to dobry moment na inaugurację nowego cyklu na blogu. Gra na gitarze, oprócz samego grania daje możliwość poznania wielu osób i wymiany poglądów. Gitarowa pasja zbliża ludzi niezależnie od wieku czy światopoglądu. Przegadałem z gitarzystami wiele godzin i stąd też pomysł na Gitarową Mitologię, czyli próbę zmierzenia się z mitami, które emocjonują wielu z nas. W pierwszym odcinku porozmawiamy o kupowaniu gitar. Często jak rozmawiam o gitarowych nabytkach, to pojawia się opinia typu "Nigdy nie kupuj nowej gitary. Warte uwagi są tylko używane. Najlepiej 10 lat plus". No właśnie. Czy nowa, świeża i pachnąca fabryką gitara prosto ze sklepu jest gorsza od wysezonowanego drewna czy wręcz przeciwnie?
 
Z Gretschem Pro Jet
To opinia w stylu, nie słuchaj nowych zespołów, bo tylko te stare dobrze grają. Dobra gitara powinna być oryginalna, niepowtarzalna, niekoniecznie stara – mówi Rafał Majewski z krakowskiego sklepu muzycznego Skład Muzyczny. – Sprzedajemy zarówno używki jak i nówki. Nówki są równe, a używki nie. Rzadko, kiedy widziałem używki, które by były równie dobre jak nowe gitary. Nówki powyżej pięciu tysięcy złotych są tak zajebiste, że aż głowa boli. Dla sklepów muzycznych oferujących nowy sprzęt problemem jest to, że w Polsce jest ogromny deficyt zaufania do sprzedawców. Byłem absolutnie zdziwiony tym, jak ludzie się do mnie odnoszą. Przychodzi do mnie klient i albo ma mnie za złodzieja, albo mi nie wierzy, że nowa gitara, którą chce kupić jest warta swojej ceny. Często taki klient przychodzi z „doradcą”, który mówi, jaka gitara jest dobra lub zła, a widać, że ani jeden ani drugi nie ma wiedzy w temacie. To jest tak absurdalne, że aż boli fizycznie.

Zakup nowej gitary w sklepie ma swoje zalety. Jedną z nich jest gwarancja i serwis. – W naszym sklepie prowadzimy przeglądy pogwarancyjne i korektę gitar – mówi Grzegorz Łysek z rzeszowskiego sklepu muzycznego Gama. – Dajemy klientom solidne oparcie, które można odczuć w błyskawicznym serwisie, doborze akcesoriów czy doradztwie. Chociaż zdarza się, że gdy nasz doradca już wszystko wytłumaczy i wyjaśni, gdzie tkwią te najważniejsze aspekty wyboru gitary lub poleci jakiś instrument to klient znika i szuka sprzętu gdzie indziej. Ostatnio mieliśmy taką przygodę, gitara pewnej uznanej na rynku marki i problem:  obluzowane gniazdo gitarowe, a w rezultacie oberwane w środku kable. Mało, który klient reaguje od razu, większość czeka aż coś zatrzeszczy w trakcie gry. No i klient pisze czy może gitarę reklamować z naszego sklepu. Dodam tutaj, że wyjaśnił, że gitarę kupił w necie, mój pracownik nakierował go na konkretny model, a w sieci kupił go o 100zł taniej. Dealer w takim przypadku żąda, aby reklamacja miała swój bieg poprzez sklep, który ten towar sprzedał. A więc trzeba gitarę spakować, ponieść koszty odesłania do sklepu, potem sklep wyśle gitarę do serwisu. Serwis uzna gwarancję lub nie, a w tym przypadku na 100% jej nie uzna, po czym gitara przebywa taką samą drogę z powrotem. No i tutaj radzę modlić się żeby żaden z czterech kurierów nie trzasnął pudełkiem...

Zwolennikiem zakupu nowej gitary jest Karol „Panku” Pankiewicz z grupy Mindfield. – Kupowałem cztery gitary i zawsze nówki. Robiłem im lekki tunning z przystawkami i było super, a Dean Cadillac za 1700 zł brzmiał lepiej niż niejeden Gibson – tłumaczy Panku. – W graniu na scenie, jak sie nie jest Irą lub czymś takim, to i tak nie będziesz tak zajebiście nagłośniony, że będziesz słyszał różnice pomiędzy Deanem Cadillakiem a PRS za 13 tysi. No chyba ze ja jestem totalnie głuchy, a wszyscy inni to słyszą.

Mindfield
Zdroworozsądkowe podejście do tematu propagują gitarzyści grupy Spiral. – Wiele osób mówi, że warto kupować starsze instrumenty, bo jeśli miały jakieś ukryte wady, to na pewno zdążyły już się ujawnić w ciągu kilku lat użytkowania – mówi Grzegorz Kyc. – Miałem trochę gitar zarówno nowych jak i używanych i wydaje mi się, że wiek to sprawa drugorzędna. Najważniejsza jest ogólna jakość wykonania instrumentu. Na dowód tych słów, krótka historia. Dawno temu zdarzyło mi się kupić w sklepie nową gitarę akustyczną z niższej półki cenowej i wszystko było OK do momentu, gdy przyszła zima, a co za tym idzie kaloryfery i niska wilgotność w mieszkaniu. Gitara stała w mieszkaniu i gryf się wypaczył. Na wiosnę szczęśliwie wszystko udało się skorygować, ale trochę strachu było. Rok później problem już nie wystąpił, więc można stwierdzić, że drewno w tym egzemplarzu było niewystarczająco wysuszone. Kilka lat później szarpnąłem się na nowego, porządnego akustyka firmy Dowina i mimo identycznych warunków przechowywania nie miałem z nim nigdy żadnych problemów. Jaki z tego morał? Nieważne, czy gitara stara czy nowa, ważne czy przyzwoita.

Gitara ma grać, stroić, być wygodna w obsłudze i brzmieć – dodaje Mateusz Mazur ze Spirala. – Nieważne czy ma rok, dziesięć czy pięćdziesiąt lat. Każda gitara jest inna, stąd ogranie przy nowym instrumencie jak dla mnie nie wiąże się z sezonowaniem drewna, tylko ze stopniowym przyzwyczajaniem się muzyka do instrumentu.

Zwolennikiem starszych rocznikowo gitar jest Paweł „Piguła” Czekała z The Analogs, którego zapytałem o zakupowe preferencje. – Wszystko poza Gibsonem Les Paulem od Traditionala w górę jest gówno warte i w ogóle nie ma po co tego kupować – stanowczo stwierdza Paweł. – No chyba, że do grania w domu albo na próbach. Taka jest smutna prawda, jeśli chodzi o te gitary, które teraz produkują. Nowe Gibsony też są do dupy. Szczególnie te z serii Tribute i reszta niższych modeli. Ja kupuję gitary bardzo różnie. Zdarzało mi się kupować nowego Gibsona ze sklepu, ale zawsze brzmiał gorzej niż te starsze modele. Teraz mam Les Paula Speciala z 2002 roku z przetwornikami p-100 i jest niemożliwy. Jeżeli miałbym coś radzić, to lepiej kupić z drugiej ręki, bo taniej i na pewno drewno będzie "odleżane". Poza tym można kupić sporo bardzo dobrych japońskich gitar (jeśli mówimy o les paulach) z lat 70-80, które dorównują Gibsonowi, ale trzeba je przed zakupem sprawdzić, a najlepiej skonsultować z kimś, kto się zna na gitarach, bo można się wbić w dodatkowe koszty.

The Analogs

Do gitarowej archeologii zachęca również Alex Carlin, amerykański gitarzysta i wokalista, rekordzista Guinnessa w kategorii najdłuższy koncert solowy. – Najlepiej poszukać elektrycznej gitary z lat 60-tych lub wczesnych 70-tych ubiegłego wieku – zachęca Alex. – Co do akustycznych, to dobre są modele z lat 30-tych, 40-tych lub 50-tych. Drewno z wiekiem robi się coraz lepsze. Także te gitary, które były kiedyś seryjnie produkowane były robione w przeszłości z lepszego drewna. Oczywiście nadal produkowane są wspaniałe gitary, ale na przykład gitary Fendera były znacznie lepsze zanim firma została kupiona przez CBS w okolicach 1965 roku, więc te Fendery z ery przed CBS były lepsze od tych późniejszych.

Alex Carlin
Czasem zakup używanej gitary podyktowany jest względami programowo-artystycznymi. Tak jest w przypadku hard-rockowej załogi Steel Velvet Wszystko, co mamy kupiliśmy używane. Nie inaczej jest z gitarami – mówi Mariusz Belcer, gitarzysta Steel Velvet. – Wynika to z faktu, że naszą muzyką nawiązujemy do lat 80' czy 70' i chcąc osiągnąć zadowalające brzmienie musimy się opierać na starym sprzęcie. Jak dla nas to na pewno gitara używana i wiekowo jak najbliższy tym czasom. Kupujemy stare instrumenty, ale nie wynika to z uprzedzeń do nowych tylko z powyższego.

Steel Velvet
O gitarowe zakupy zapytałem też kolegę po fachu, czyli Jacka Brzezickiego, gitarzystę i autora bloga Cisza Też Gra. Należałoby zacząć od tego, że drewno powinno być wysezonowane zanim złoży się z niego gitarę. Coraz częściej jednak, w wyrobach średniej klasy tak nie jest, stąd często z ust wieloletnich wyjadaczy pada "tylko lata 90' i wcześniej" – mówi Jacek. –  Początkującym gitarzystom, w przypadku których wybór pada zazwyczaj na nowe instrumenty, radziłbym rozglądnąć się na rynku wtórnym. W tej samej cenie, czyli w kwotach rzędu 1500 – 2000 zł, można już znaleźć gitary półprofesjonalne z drugiej ręki. W przypadku bardziej doświadczonych graczy i wioseł, z których dostępnością jest bardzo ciężko, nie widzę przeszkód żeby kupować nowe gitary. Ostatnimi czasy miałem do czynienia z najnowszymi wypustami Schectera, mianowicie Banshee i sygnaturą pana Merrowa. Obydwie gitary zrobione były i grały odpowiednio do ceny. Czy z czasem grałyby jeszcze lepiej? Wątpię. Uważam, że gitara nie "rozgrywa się", tylko bardziej dopasowuje do użytkownika. Wózki w mostku się docierają, siodełko się dociera, regulujemy gitarę pod siebie, gramy, gramy i jeszcze raz gramy, przyzwyczajamy się do niej, po jakimś czasie nie pamiętamy tak naprawdę jak gitara grała w momencie jak ją kupiliśmy. W sieci można odnaleźć firmy, które za odpowiednią opłatą potrafią dopasować brzmienie drewna tak jak tego chcemy. Polegać ma to na tym, że podczas tego procesu przemieszczane są „skupiska wody” w ten sposób, żeby później brzmiało to tak jak sobie zażyczył właściciel. Czy to wciąż rozgrywanie czy magia audio-voodoo? Podsumowując, nie jestem przeciwny nowym instrumentom, ale przede wszystkim muszą to być świadome wybory doświadczonych muzyków. Nieświadomy gitarzysta bardzo często dostanie w sklepie towar, który po prostu zalega i sprzedawca chce go wypchnąć. Takim praktykom mówię stanowcze nie.

Grzechem byłoby nie zapytać o te sprawy człowieka, który gitary zna od podszewki. Wybór padła na Marka Witkowskiego, lutnika, producenta gitar i przetworników marki Witkowski Custom Guitars. – Gitara, która „grała” intensywnie przez np. 10 lat ma przewagę nad nową w tym sensie, że jest ustabilizowana mechanicznie i struktura drewna została „poukładana”. Na tym polega rozgrywanie gitary – tłumaczy Marek Witkowski. – Dźwięk staje się bardziej szlachetny, okrągły i pełniejszy. W opozycji do nowej gitary nie ma tej surowości w brzmieniu. To jest generalna zasada. Ale gitara nowa, wykonana z dobrych materiałów i przemyślana konstrukcyjnie pod kątem uzyskania założonego brzmienia, też będzie grała dobrze, a z czasem coraz lepiej. Budżetowe gitary bywają różne: dobre i złe. Może się trafić gitara z dolnej półki brzmiąca jak ta za milion dolarów i odwrotnie. Kupując gitarę należy sprawdzić ją wszechstronnie pod kątem dokładności wykonania, czy stroi, jak rezonuje, czy nie jest głucha, bo spotkałem kiedyś Strata za 5200 zł głuchego jak pień. Brzmienie jest wynikiem kompromisu między gatunkami drewna, konstrukcją, akcesoriami i przetwornikami użytymi w konkretnej gitarze. Jednak najwięcej zależy od muzyka. Są tacy, którym nie robi różnicy, na czym grają, bo im zawsze brzmi dobrze. I do tego należy dążyć, a reszta nie będzie taka ważna. I najważniejsza uwaga, nie należy kupować gitar oczami a zawsze starać brzdąknąć na niej przed wydaniem kasy.

A jakie są moje doświadczenia w tym temacie? Moja pierwsza gitara marki Mayones (nie z tych wypasionych współczesnych Mayonesów) była kupiona w sklepie. Była wygodna i dobra dla początkującego wioślarza, ale mega budżetowa. Dziś już nie stroi, ale wygodna jest nadal :) Swojego Fendera Stratocastera kupiłem w 2003 roku ze sklepu. Jestem mega zadowolony. W ubiegłym roku nabyłem gitarę Gretsch Pro Jet prosto ze sklepu i też nie narzekam, choć za podobną kasę mogłem kupić jakiegoś starszego Japończyka. Gretschów na wtórnym rynku nie ma zbyt wiele, więc skorzystałem z opcji sklepowej. Z drugiej ręki kupiłem używanego Telecastera z serii sygnatur Squier by Fender. Skusiła mnie atrakcyjna cena, ale żeby dopasować ją do swoich wymagań będę musiał jeszcze trochę kasy w nią władować. Choć i tak wyjdę na swoje. Moja rada jest taka. Nie kupuj gitary na pierwszej wizycie. Przyjedź raz, ograj sprzęt, poczekaj aż ekscytacja minie, a potem zaglądnij jeszcze raz czy dwa, zanim finalnie wyłożysz kasę. Ważne jest pierwsze wrażenie, związane z wygodą gry. Jak na początku nie leży w ręce, to będziesz musiał włożyć więcej wysiłku, żeby dopasować gitarę do siebie i się do niej przyzwyczaić. Tak miałem z Gibsonami, więc kupiłem Gretscha, bo chciałem mieć gitarę typu Les Paul. Gdybym miał kupować jeszcze raz sprzęt z drugiej ręki, to raczej od gitarzysty, którego dobrze znam. A jakie jest Twoje zdanie?

Ja i mój Fender. Styczeń 2015.

Terry Burrows i jego gitarowa encyklopedia

Recenzji książki jeszcze tutaj nie było, ale jak temat jest jedyny i słuszny (czytaj gitarowy) to warto trochę miejsca wygospodarować. „Stań się wyznawcą gitarowej religii, a staniesz się naprawdę błogosławiony” – zachęca Zakk Wylde w przedmowie do książki „GitaryTerry’ego Burrowsa, która w rzeczowy, zwięzły i interesujący sposób prezentuje historię ponad 200 modeli i marek gitar.


Terry podszedł do tematu według prostego planu – alfabetycznie, zwięźle, bez zanudzania, zbędnych dłużyzn i snucia teoretycznych rozważań. 250 stron nie pozwala na przedstawienie tematu kompleksowo, dlatego Burrows dokonał mocno subiektywnego wyboru omawianych instrumentów i stara się to robić bardzo konkretnie. Poszczególne gitary przedstawiane są w sposób alfabetyczny, bez trzymania się chronologii i dodatkowego wartościowania sprzętu. Podróż po gitarowym uniwersum rozpoczynamy od elektrycznego wiosła Black Widow marki Acoustic. Oprócz poglądowego zdjęcia i specyfikacji technicznej każdego instrumentu (typ korpusu, materiały, wykończenie, liczba progów, menzura, przystawki, układ elektryczny itd.) Terry w kilku akapitach przedstawia historię instrumentu wspartą postacią znanego (bardziej lub mniej) gitarzysty, który z danej gitary korzystał oraz płytą, na której można usłyszeć jej brzmienie. Informacje podane są w formie lekkostrawnej pigułki, która mimo niewielkiej objętości niesie ze sobą konkretną wiedzę. Co do typu instrumentów to przeważają gitary elektryczne przeważają, ale znalazło się też miejsce dla basówek i akustyków.


W większości przypadków na jedną gitarę przypada jedna strona. Niektóre marki zostały jednak potraktowane w sposób szczególny i opis ich modeli wsparto wstępem historycznym, „drzewem genealogicznym” z rozłożeniem poszczególnych modeli w czasie oraz dodatkowymi informacjami jak choćby sposób odczytywania numerów seryjnych instrumentów.

Oprócz kilkunastu marek, który każdy obeznany gitarzysta bez problemu przywoła Terry wyszukał sporo ciekawostek i osobliwości, o których do tej pory nie słyszałem. Gitarowych dziwolągów jest tu sporo jak choćby Teuffel Birdfish czy Gittler Fishbone. Pomysłowość niektórych konstruktorów mocno wykracza poza standardowe kształty i możliwości popularnych gitar. Spis Burrowsa w głównej mierze zawiera instrumenty z czasów gitarowego boomu, od lat 50 do 90 ubiegłego wieku, ale są tutaj też starsze egzemplarze jak gitara akustyczna Ashborn z 1850 roku czy Martin Stauffer z 1820 roku. Terry wykonał ogromną pracę i wyszukał sporo ciekawostek. Wiesz, że na początku Fender Telecaster nazywał się Fender Broadcaster? Tak by już pozostało, gdyby nie zgłoszenie naruszenia praw do nazwy przez Gretsch, który nazwał tak serię bębnów. Po wnikliwej lekturze można brylować na imprezkach i sypać gitarowymi historyjkami.

Co do wyboru gitar to jest on mocno subiektywny i niekompletny. Zabrakło mi choćby serii Pro Jet Gretscha. Spodziewałem się też jakichś akcentów bliskich sercu polskich gitarzystów jak choćby rodzimy Defil. Niestety nic w tym temacie się tutaj nie pojawia. Nawet coraz śmielej sobie poczynający Mayones nie doczekał się wzmianki.  Jedynie czechosłowackie Jolany pojawiły się w książce w postaci eksportowego modelu Futurama Resonet z 1958 roku. Burrows z racji wszechstronności tematu wszystkich nie zadowoli, ale i tak zrobił coś, co zaciekawia równie mocno jak albumy, które z rozszerzonymi źrenicami przeglądałem, jako dzieciak.


Pod względem edytorskim wydawnictwo Publicat podeszło do tematu jak należy, dzięki czemu mamy eleganckie wydanie w grubej oprawie, z kredowym papierem o konkretnej gramaturze i masą dobrej jakości fotografii. Dodatkowym bonusem jest pięć rozkładówek prezentujących drzewa genealogiczne takich marek jak Fender, Gibson, Martin, Gretsch i Rickenbacker. Można sobie oderwać, przylepić na ścianie i marzyć o powiększeniu swojej gitarowej rodzinki. W kategorii dobry prezent dla gitarzysty „Gitary” dostają podwójną okejkę.

Na jakim sprzęcie grają: The Stubs

Najwyższy czas na czwartą odsłonę serii „Na jakim sprzęcie grają”, gdzie zdradzamy wstydliwe tajemnice polskich gitarzystów. Po technicznym Kabanosie pora na coś niskobudżetowego i rock’n’rollowego. Przed Wami Tomek, gitarzysta i wokalista warszawskiego The Stubs, który wyjaśni, na czym gra i dlaczego jest strasznym pierdołą. 


Gretsch Pro Jet G5438T – jakość, wykonanie i wygoda gry – pierwsze wrażenia

Jak wielokrotnie wspominałem, jestem wiernym użytkownikiem gitary Fender Stratocaster. Po dziesięciu wspólnych latach naszła mnie ochota na odrobinę urozmaicenia i zacząłem rozglądać się za czymś zupełnie innym. Po głowie chodziły mi różne wiosła jak Gibson SG czy Les Paul Junior, ale moje kontakty z Gibsonem uświadomiły mi, że nie do końca taka gitara mi odpowiada. Szukałem głębiej i swoje rozważania skierowałem na dwie inne marki – Gretsch i Duesenberg. Jak to jednak bywa, serce mówi jedno, a portfel drugie. Racjonalne podejście do tematu pozostawiło na polu bitwy dwie gitary – Gretsch Electromatic Hollow Body oraz Gretsch Pro Jet G5438T. Sprawdziłem oba wiosła w krakowskim Składzie Muzycznym i wybór padł na klasycznego, les paulowatego Pro Jeta. Gitarę mam od niedawna, więc nie zdążyłem jej przetestować na wszystkich polach bitwy, ale w swoim czasie podzielę się z Wami swoją opinią. Na początek pierwsze wrażenia i trzy podstawowe tematy, o które jestem pytany w kontekście nowego sprzętu – wykonanie, jakość i wygoda gry. No to po kolei, ale od końca.

Wygoda gry
 
Testowałem różne les paulowate gitary, ale pod względem wygody Pro Jet jest moim zdecydowanym faworytem. Często jak biorę obcą gitarę do ręki to przez pierwszych parę minut czuję się nieco zagubiony. Tutaj nie ma tego problemu. Pro Jet leży w dłoniach idealnie. Mimo klasycznego kształtu jest to bardziej „wyścigowa” gitara niż mój Stratocaster, którego też ceniłem za wygodę. Na Gretschu gra się zadziwiająco przyjemnie, a solówki same płyną spod palców ;). No i można wygodnie oprzeć rękę przy tłumieniu, z czym przy Stratocasterze różnie bywało. Co do mostka Bigsby B50, w którego wyposażony jest G5438T to ma najsubtelniejszą wajchę, z którą grałem. Bigsby jest dość czuły, ale efekt brzmieniowy jest delikatny i ładnie wpuszcza się w brzmienie. Fenderowskie tremolo jest o wiele bardziej agresywne i sztywne. Nie zwróciłem uwagi, żeby wajchowanie wpływało widocznie na strój gitary. Można na luzie powibrować bez obawy, że pod koniec numery strój nam się rozejdzie. Co do wygody Pro Jeta nie mam najmniejszych zastrzeżeń – dla mnie bomba.


Jakość i wykonanie
 
Na pierwszy rzut oka gitara prezentuje się efektownie i robi spore wrażenie. Zdjęcia tego nie oddają. Zwłaszcza te, które publikowane są na stronach sklepów muzycznych. Jednak nie można zapominać, że Gretsch Pro Jet G5438T należy do serii budżetowych modeli producenta produkowanych w Chinach. Rozrzut cenowy w przypadku gitar Gretscha wydaje się trochę absurdalny, bo są to różnice od kilku, do kilkunastu tysięcy. W Składzie Muzycznym wisiały obok siebie Gretsche za dwa tysiące z hakiem jak i łudząco podobne za ponad osiem, ale wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach i detalikach.

Ogólnie rzecz ujmując, Gretsch Pro Jet G5438T jak na budżetowe wiosło wykonano solidnie. Miałem kiedyś Les Paula Epiphone i było to straszne badziewie. W Gretschu wszystko jest ładnie dopasowane i sprawia dobre wrażenie. Złoty lakier na topie gitary wygląda wyśmienicie. Za to ciemny lakier, którym pokryto główkę i tył gitary wydaje się dość miękki. Pograłem na Gretschu kilka prób, a już dość haniebnie zarysował się przy kluczach. Obawiam się, że po dziesięciu latach z Pro Jeta może mi się zrobić sprzęt vintage relic, ale to się dopiero okaże. Może nauczony trudami życia stwardnieje z wiekiem? Pewne obawy wzbudza także palisandrowa podstrunnica. Jest matowa i nieco surowa, więc jak się nie zadba o odpowiednią pielęgnację może chłonąć brud i cały ten dodatkowy rock’n’rollowy syf jak gąbka. W moim egzemplarzu usłojenie palisandru ułożyło się tak niefortunnie, że w jednym miejscu zrobiła się szparka przy bindingu. Zobaczymy jak zachowa się z czasem. Z dodatkowych pierdółek, okazało się, że jeden z potencjometrów trzeszczy, ale to już sobie załatwię jak oddam gitarę lutnikowi w celu dodatkowej regulacji.
 

Trochę pozrzędziłem, ale gitara wygląda na solidną. Jak na swój gabaryt to jest zaskakująco ciężka. Oprócz palisandru, z którego zrobiono podstrunnicę Pro Jeta wykonano z lipy i klonu, ale metaforycznej lipy tutaj nie ma. Jest OK.
 
O brzmieniu wypowiem się za jakiś czas. Na razie jeszcze szukam ideału przy riffach, ale na solówkach gada baaardzo dobrze na każdej opcji ustawienia mojego Orange Dual Terrora.
 
Ogólnie – wygoda 5/5, wykonanie i jakość 4/5. To na razie pierwsze wrażenia. Pogramy ze sobą dłuższą chwilę to wypowiem się konkretniej.

Jeszcze jedno. Plus za sprytne rozwiązanie mocowania paska, eliminujące potrzebę zakładania strap-locków.
PS: Wszystkie fotki są własnością dogitary.blogspot.com. Nie pożyczaj bez pytania.

Dwie sztuki stratocastera z wbudowanym syntezatorem Roland V-Guitar trafią do Polski

Jeżeli chcielibyście mieć egzemplarz limitowanej serii gitar Roland G-5A – amerykańskiego Fendera Stratocastera z wbudowanym syntezatorem Rolanda – to dwie sztuki w kolorze Candy Apple Red trafią nad Wisłę. Nawet w Rolandzie wiedzą, że Polska to kraj czerwonymi gitarami stojący… Cena gitary nie została jeszcze podana.
Syntezator Roland V-Guitar zapakowano do środka gitary, a sterujemy nim za pomocą dwóch gałek umieszczonych zaraz obok typowych dla stratocastera potencjometrów. Patent na połączenie efektu gitarowego z gitarą jest całkiem ciekawy, a całą ideę możecie zobaczyć na poniższym filmie.
 
Fot: roland.com