Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gitara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gitara. Pokaż wszystkie posty

Na jakim sprzęcie grają: U.K. Subs

W szóstym odcinku „Na jakim sprzęcie grają” moim gościem jest Jet – pochodzący z Japonii gitarzysta, który od 2005 roku zasila skład legendarnej, angielskiej, punk-rockowej grupy U.K. Subs. Dla niewtajemniczonych dodam, że UK Subs od 1976 roku aktywnie realizuje swój plan nagrywania i wydawania płyt, których tytuły rozpoczynają się na kolejne litery alfabetu. W styczniu 2015 roku dopisali literę Y do kolekcji za sprawą nowego krążka pod tytułem „Yellow Leader”, którego recenzję możecie przeczytać na moim drugim, mniej gitarowym, blogu Sylwester Poleca. Wracając do bohatera dzisiejszego odcinka, Jet oprócz sprzęt, z jakiego korzysta opowiedział co nieco o swoich gitarowych inspiracjach, a także o tym, na co można liczyć grając na europejskich festiwalach.

Terry Burrows i jego gitarowa encyklopedia

Recenzji książki jeszcze tutaj nie było, ale jak temat jest jedyny i słuszny (czytaj gitarowy) to warto trochę miejsca wygospodarować. „Stań się wyznawcą gitarowej religii, a staniesz się naprawdę błogosławiony” – zachęca Zakk Wylde w przedmowie do książki „GitaryTerry’ego Burrowsa, która w rzeczowy, zwięzły i interesujący sposób prezentuje historię ponad 200 modeli i marek gitar.


Terry podszedł do tematu według prostego planu – alfabetycznie, zwięźle, bez zanudzania, zbędnych dłużyzn i snucia teoretycznych rozważań. 250 stron nie pozwala na przedstawienie tematu kompleksowo, dlatego Burrows dokonał mocno subiektywnego wyboru omawianych instrumentów i stara się to robić bardzo konkretnie. Poszczególne gitary przedstawiane są w sposób alfabetyczny, bez trzymania się chronologii i dodatkowego wartościowania sprzętu. Podróż po gitarowym uniwersum rozpoczynamy od elektrycznego wiosła Black Widow marki Acoustic. Oprócz poglądowego zdjęcia i specyfikacji technicznej każdego instrumentu (typ korpusu, materiały, wykończenie, liczba progów, menzura, przystawki, układ elektryczny itd.) Terry w kilku akapitach przedstawia historię instrumentu wspartą postacią znanego (bardziej lub mniej) gitarzysty, który z danej gitary korzystał oraz płytą, na której można usłyszeć jej brzmienie. Informacje podane są w formie lekkostrawnej pigułki, która mimo niewielkiej objętości niesie ze sobą konkretną wiedzę. Co do typu instrumentów to przeważają gitary elektryczne przeważają, ale znalazło się też miejsce dla basówek i akustyków.


W większości przypadków na jedną gitarę przypada jedna strona. Niektóre marki zostały jednak potraktowane w sposób szczególny i opis ich modeli wsparto wstępem historycznym, „drzewem genealogicznym” z rozłożeniem poszczególnych modeli w czasie oraz dodatkowymi informacjami jak choćby sposób odczytywania numerów seryjnych instrumentów.

Oprócz kilkunastu marek, który każdy obeznany gitarzysta bez problemu przywoła Terry wyszukał sporo ciekawostek i osobliwości, o których do tej pory nie słyszałem. Gitarowych dziwolągów jest tu sporo jak choćby Teuffel Birdfish czy Gittler Fishbone. Pomysłowość niektórych konstruktorów mocno wykracza poza standardowe kształty i możliwości popularnych gitar. Spis Burrowsa w głównej mierze zawiera instrumenty z czasów gitarowego boomu, od lat 50 do 90 ubiegłego wieku, ale są tutaj też starsze egzemplarze jak gitara akustyczna Ashborn z 1850 roku czy Martin Stauffer z 1820 roku. Terry wykonał ogromną pracę i wyszukał sporo ciekawostek. Wiesz, że na początku Fender Telecaster nazywał się Fender Broadcaster? Tak by już pozostało, gdyby nie zgłoszenie naruszenia praw do nazwy przez Gretsch, który nazwał tak serię bębnów. Po wnikliwej lekturze można brylować na imprezkach i sypać gitarowymi historyjkami.

Co do wyboru gitar to jest on mocno subiektywny i niekompletny. Zabrakło mi choćby serii Pro Jet Gretscha. Spodziewałem się też jakichś akcentów bliskich sercu polskich gitarzystów jak choćby rodzimy Defil. Niestety nic w tym temacie się tutaj nie pojawia. Nawet coraz śmielej sobie poczynający Mayones nie doczekał się wzmianki.  Jedynie czechosłowackie Jolany pojawiły się w książce w postaci eksportowego modelu Futurama Resonet z 1958 roku. Burrows z racji wszechstronności tematu wszystkich nie zadowoli, ale i tak zrobił coś, co zaciekawia równie mocno jak albumy, które z rozszerzonymi źrenicami przeglądałem, jako dzieciak.


Pod względem edytorskim wydawnictwo Publicat podeszło do tematu jak należy, dzięki czemu mamy eleganckie wydanie w grubej oprawie, z kredowym papierem o konkretnej gramaturze i masą dobrej jakości fotografii. Dodatkowym bonusem jest pięć rozkładówek prezentujących drzewa genealogiczne takich marek jak Fender, Gibson, Martin, Gretsch i Rickenbacker. Można sobie oderwać, przylepić na ścianie i marzyć o powiększeniu swojej gitarowej rodzinki. W kategorii dobry prezent dla gitarzysty „Gitary” dostają podwójną okejkę.

Gretsch - pierwsza krew

W końcu do tego doszło. Zaledwie trzy miesiące udało się przetrwać mojemu Gretschowi w stanie nienaruszonym. Jak dzieliłem się swoimi wrażeniami na świeżo po zakupie gitary, zwróciłem uwagę na delikatny lakier. Miękki i mało wytrzymały. Nie pytajcie się jak to się stało, bo sam nie wiem. Parę koncertów, kilkanaście prób, dobrych kilkadziesiąt godzin użytkowania i mamy pierwszą dziurę aż do gołej dechy. Pierwsza rysa boli najbardziej, później to już leci z górki :)

Jaki futerał na Gretsch Pro Jet z mostkiem Bigsby B50?

Jak sami wiecie ostatnio moja gitarowa rodzinka powiększyła się o gitarę Gretsch Pro Jet G5438T z mostkiem Bigsby B50. W związku z tym, że zamierzałem tłuc ją po koncertach i próbach od razu zacząłem szukać odpowiedniego futerału, w którym się takie cudo pomieści. Sprzedawca mówił, że wejdzie do każdego, w którym zmieści się Les Paul. Po zmierzeniu gitary i sprawdzeniu podanych przez producenta wewnętrznych wymiarów futerałów różnych marek wydaje mi się, że to nie do końca prawda. Grzebałem, grzebałem i trafiłem na Rockcase by Warwick – stosunkowo niedrogi, budżetowy futerał na gitary typu Les Paul. Dlaczego akurat ten? Podane w specyfikacji wymiary były największe. 

Ok, były największe, ale czy wystarczą na Gretscha? Kiedy futerał trafił w moje ręce, nieśmiało przymierzyłem gitarę i pierwsze wrażenie było takie – „cholera, nie wejdzie!”. Mojego Stratocastera mogę wsadzać do futerału w dowolny sposób i zawsze się na luzie pomieści. Natomiast Gretscha do Rockcase’a trzeba, przynajmniej z początku, wsadzać dość precyzyjnie. Dzięki temu futerał ściśle przylega do gitary. Tak ściśle, że aluminiowe profile, którymi otoczono brzegi case’a uległy drobnym odkształceniom, aby dopasować się do kształtu gitary. Tworzywo ABS, z którego wykonano futerał też jest elastyczne, a przy tym nadal bardzo twarde i zaskakująco lekkie. Mam już jeden futerał z ABS’u i jest znacznie cięższy. Jeżeli chodzi o mostek Bigsby B50, który nie ma demontowalnej wajchy, to nie ma z nim najmniejszego problemu. Przekręcamy wajchę w kierunku uchwytu na pasek i wieko ładnie się domyka.

Co do jakości wykonania Rockcase, to patrząc na cenę futerału jestem pozytywnie zaskoczony. Trudno powiedzieć, czy przeżyje bez szwanku dziesięć czy piętnaście lat, ale na razie sprawdza się doskonale. Poszczególne komponenty dokładnie spasowano, materiały są dobrej jakości – jedynie aluminiowe profile wydają się zbyt miękkie. Nie jest to futerał wykonany z myślą o Gretschu, ale jak się popieści to się ładnie mieści. 

Jeśli macie jakieś inne futerały na swoje Gretsche to dajcie znać.
 

Gretsch Pro Jet G5438T – jakość, wykonanie i wygoda gry – pierwsze wrażenia

Jak wielokrotnie wspominałem, jestem wiernym użytkownikiem gitary Fender Stratocaster. Po dziesięciu wspólnych latach naszła mnie ochota na odrobinę urozmaicenia i zacząłem rozglądać się za czymś zupełnie innym. Po głowie chodziły mi różne wiosła jak Gibson SG czy Les Paul Junior, ale moje kontakty z Gibsonem uświadomiły mi, że nie do końca taka gitara mi odpowiada. Szukałem głębiej i swoje rozważania skierowałem na dwie inne marki – Gretsch i Duesenberg. Jak to jednak bywa, serce mówi jedno, a portfel drugie. Racjonalne podejście do tematu pozostawiło na polu bitwy dwie gitary – Gretsch Electromatic Hollow Body oraz Gretsch Pro Jet G5438T. Sprawdziłem oba wiosła w krakowskim Składzie Muzycznym i wybór padł na klasycznego, les paulowatego Pro Jeta. Gitarę mam od niedawna, więc nie zdążyłem jej przetestować na wszystkich polach bitwy, ale w swoim czasie podzielę się z Wami swoją opinią. Na początek pierwsze wrażenia i trzy podstawowe tematy, o które jestem pytany w kontekście nowego sprzętu – wykonanie, jakość i wygoda gry. No to po kolei, ale od końca.

Wygoda gry
 
Testowałem różne les paulowate gitary, ale pod względem wygody Pro Jet jest moim zdecydowanym faworytem. Często jak biorę obcą gitarę do ręki to przez pierwszych parę minut czuję się nieco zagubiony. Tutaj nie ma tego problemu. Pro Jet leży w dłoniach idealnie. Mimo klasycznego kształtu jest to bardziej „wyścigowa” gitara niż mój Stratocaster, którego też ceniłem za wygodę. Na Gretschu gra się zadziwiająco przyjemnie, a solówki same płyną spod palców ;). No i można wygodnie oprzeć rękę przy tłumieniu, z czym przy Stratocasterze różnie bywało. Co do mostka Bigsby B50, w którego wyposażony jest G5438T to ma najsubtelniejszą wajchę, z którą grałem. Bigsby jest dość czuły, ale efekt brzmieniowy jest delikatny i ładnie wpuszcza się w brzmienie. Fenderowskie tremolo jest o wiele bardziej agresywne i sztywne. Nie zwróciłem uwagi, żeby wajchowanie wpływało widocznie na strój gitary. Można na luzie powibrować bez obawy, że pod koniec numery strój nam się rozejdzie. Co do wygody Pro Jeta nie mam najmniejszych zastrzeżeń – dla mnie bomba.


Jakość i wykonanie
 
Na pierwszy rzut oka gitara prezentuje się efektownie i robi spore wrażenie. Zdjęcia tego nie oddają. Zwłaszcza te, które publikowane są na stronach sklepów muzycznych. Jednak nie można zapominać, że Gretsch Pro Jet G5438T należy do serii budżetowych modeli producenta produkowanych w Chinach. Rozrzut cenowy w przypadku gitar Gretscha wydaje się trochę absurdalny, bo są to różnice od kilku, do kilkunastu tysięcy. W Składzie Muzycznym wisiały obok siebie Gretsche za dwa tysiące z hakiem jak i łudząco podobne za ponad osiem, ale wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach i detalikach.

Ogólnie rzecz ujmując, Gretsch Pro Jet G5438T jak na budżetowe wiosło wykonano solidnie. Miałem kiedyś Les Paula Epiphone i było to straszne badziewie. W Gretschu wszystko jest ładnie dopasowane i sprawia dobre wrażenie. Złoty lakier na topie gitary wygląda wyśmienicie. Za to ciemny lakier, którym pokryto główkę i tył gitary wydaje się dość miękki. Pograłem na Gretschu kilka prób, a już dość haniebnie zarysował się przy kluczach. Obawiam się, że po dziesięciu latach z Pro Jeta może mi się zrobić sprzęt vintage relic, ale to się dopiero okaże. Może nauczony trudami życia stwardnieje z wiekiem? Pewne obawy wzbudza także palisandrowa podstrunnica. Jest matowa i nieco surowa, więc jak się nie zadba o odpowiednią pielęgnację może chłonąć brud i cały ten dodatkowy rock’n’rollowy syf jak gąbka. W moim egzemplarzu usłojenie palisandru ułożyło się tak niefortunnie, że w jednym miejscu zrobiła się szparka przy bindingu. Zobaczymy jak zachowa się z czasem. Z dodatkowych pierdółek, okazało się, że jeden z potencjometrów trzeszczy, ale to już sobie załatwię jak oddam gitarę lutnikowi w celu dodatkowej regulacji.
 

Trochę pozrzędziłem, ale gitara wygląda na solidną. Jak na swój gabaryt to jest zaskakująco ciężka. Oprócz palisandru, z którego zrobiono podstrunnicę Pro Jeta wykonano z lipy i klonu, ale metaforycznej lipy tutaj nie ma. Jest OK.
 
O brzmieniu wypowiem się za jakiś czas. Na razie jeszcze szukam ideału przy riffach, ale na solówkach gada baaardzo dobrze na każdej opcji ustawienia mojego Orange Dual Terrora.
 
Ogólnie – wygoda 5/5, wykonanie i jakość 4/5. To na razie pierwsze wrażenia. Pogramy ze sobą dłuższą chwilę to wypowiem się konkretniej.

Jeszcze jedno. Plus za sprytne rozwiązanie mocowania paska, eliminujące potrzebę zakładania strap-locków.
PS: Wszystkie fotki są własnością dogitary.blogspot.com. Nie pożyczaj bez pytania.

Nowa gitara od Dust To Rust

Miesiąc temu pisałem o projekcie Zbigniewa Reszki, Dust To Rust, w którym stare gitary po odpowiednim tuningu rozpoczynały nowe, lepsze życie. Zbigniew podesłał mi ostatnio zdjęcia swojego najnowszego dziecka - odrestaurowanego w steam-punkowym stylu les paula. Poniżej znajdziecie parę fotek, a tutaj macie video z prezentacją nowej gitary.
 

Dust To Rust - nowe życie wiekowych gitar

Wielokrotnie pokazywałem na blogu sprzęt, które odbiega od schematów. Choćby kostki V-Picks. Dzisiaj mam dla Was coś z polskiego podwórka – gitarowy „tuning” wykonywany pod szyldem Dust To Rust przez Zbigniewa Reszkę, gitarzystę znanego z awangardowego zespołu Warszawska Jesionka.

Skąd pomysł na gitarowe modyfikacje? – Jestem miłośnikiem gitar. Zauważyłem, że większość popularnych instrumentów nie wyróżnia się w tłumie, a wiem, że wielu muzyków chciałoby mieć instrument wyjątkowy wyróżniający się na scenie. – mówi Zbigniew Takie wyjątkowe instrumenty niestety często są zbyt kosztowne i nie każdego na nie stać. Wykonałem jak na razie „tuning” trzech gitar, a kolejne dwie są realizowane. 

Te trzy gitary to Madcaster – steam punkowa wersja Stratocastera, Mastercaster – heavy metalowy Telecaster oraz jaszczurowaty Lizardcaster. Elementy, z których wykonywane są stylizacje gitar Zbigniew wyszukuje na złomowiskach i pchlich targach. Przykładowo, potencjometry Madcastera wykonano z bębenków z maszyny do szycia. Gitary wymagały też typowej pracy lutniczej – nie są to oryginalne Fendery, lecz radziecki Ural, wiekowy Hohner i Telecaster niewiadomego pochodzenia. Zbigniew wymienił całą elektronikę, niekiedy klucze, szlifował progi, aby gitary rozpoczęły swoje nowe życie w dobrej formie.

Trzeba przyznać, że Zbigniew włożył w to sporo pracy, a efekty są intrygujące. Zwłaszcza steam-punkowy Stratocaster robi wrażenie. Jak brzmią gitary Dust To Rust możecie sprawdzić na filmach: Madcaster, Lizardcaster i Mastercaster. A poniżej znajdziecie garść fotek, prezentujących detale gitar.
Fot: Zbigniew Reszka

Dwie sztuki stratocastera z wbudowanym syntezatorem Roland V-Guitar trafią do Polski

Jeżeli chcielibyście mieć egzemplarz limitowanej serii gitar Roland G-5A – amerykańskiego Fendera Stratocastera z wbudowanym syntezatorem Rolanda – to dwie sztuki w kolorze Candy Apple Red trafią nad Wisłę. Nawet w Rolandzie wiedzą, że Polska to kraj czerwonymi gitarami stojący… Cena gitary nie została jeszcze podana.
Syntezator Roland V-Guitar zapakowano do środka gitary, a sterujemy nim za pomocą dwóch gałek umieszczonych zaraz obok typowych dla stratocastera potencjometrów. Patent na połączenie efektu gitarowego z gitarą jest całkiem ciekawy, a całą ideę możecie zobaczyć na poniższym filmie.
 
Fot: roland.com

Tim Armstrong z Rancid sygnuje gitary Gretsch

Niezbyt często zdarza się, że punk rockowi muzycy sygnują swoim nazwiskiem gitary. Niedawno zrobił to Tim Armstrong z grupy Rancid – muzyk owszem znany i zasłużony, ale do czołówki punkowych gitarowych wymiataczy raczej bym go nie zaliczył. Jednak nie chodzi tu przecież o technikę, a związek z marką, a Tim od lat pojawia się na scenie z wiosłem marki Gretsch w dłoniach. Zresztą Tim ma już na swoim koncie sygnowane modele elektro-akustycznego Fendera, więc nowicjuszem w tajemniczej krainie sygnatur nie jest.
Tym razem Tim sygnuje swoim nazwiskiem dwa modele gitar elektrycznych GretschG5191 - Tim Armstrong Electromatic Hollow Body oraz G5191 - Tim Armstrong Electromatic Electromatic Hollow Body z tremolo Bigsby. Obie gitary wyposażono w dynamiczne pickupy “Black Top” Filter’Tron, klucze Grover i pozłacany osprzęt. Gitary różnią się jedynie występowaniem praworęcznego tremolo B60G Bigsby. Co ciekawe, tremolo pozostaje praworęczne nawet w modelu gitary dla leworęcznych gitarzystów, co jest podobno życzeniem Tima Armstronga. Gitary dostępne są w matowej czerni i nowym kremowo białym odcieniu Man Salmon.
Cena takiej gitary w Polsce plasuje się w okolicach 5000zł, co sprawia, że raczej nie jest to instrument dedykowany dla młodych punkowców zainspirowanych postacią Tima Armstronga.